@onemajk @olaafw Może lepiej nie, bo potem sobie odpalisz wers DaBaby na geniusie gdzie robi z siebie ofiarę i pierdoli, że ludzie zabierają jedzenie jego córce 29 Aug 2021
Laura (Beata Rybotycka) robiła wszystko, by córka związała się z Janem (Bartek Świderski). Jednak jej zachowanie nie było podyktowane troską o jedynaczkę, a wygodnym życiem. Jak się okazało, lekarz w zamian za miłość Joanny zapewnił jej wygodne życie. Przeczytaj koniecznie: M jak miłość: Grażyna RZUCI MĘŻA dla Marka! Jego pomoc skończyła się z chwilą gdy Joanna (Agnieszka Więdłocha) poślubiła Pawła (Rałał Mroczek). W rozmowie z Laurą Janusz wyraźnie dał do zrozumienia niedoszłej teściowej, że brzydzi się jej postawą. Kobieta bowiem za pieniądze jest w stanie zniszczyć szczęście swojej córki. W najbliższych odcinkach „M jak miłość” sytuacja Laury będzie wręcz dramatyczna. Właściciel mieszkania wyrzuci ją za zaleganie z czynszem, a Jan nie będzie chciał słyszeć o jej problemach. Patrz też: Na Wspólnej: Adam pije z rozpaczy! Nie chcąc tracić tego co ma, kobieta zamieszka z Pawłem i Joanną. I jak nie trudno się domyślić będzie na ich utrzymaniu. Nie będzie ją obchodziło, że córka i zięć ciężko pracują, a ona całymi dniami siedzi w domu. Czy Laura zaakceptuje wreszcie Pawła? A może będzie chciała skłócić ich ze sobą i doprowadzić do rozstania, bo jak sama mówiła ślub cywilny nic nie znaczy? >>> QUIZ: Jak dobrze znasz Marka Mostowiaka z M jak miłość?
To samo słowo zostaje użyte w opisie zmartwychwstania Jezusa. Teściowa, która leży w gorączce przykuta do łoża jest symbolem niemocy, bierności, braku życia, obumarcia. Nie może nic dla siebie uczynić. Może tylko czekać i cierpieć. Ale może także z ufnością otworzyć się na Jezusa i przyjąć Jego uzdrowienie.

Witam serdecznie wszystkich. Przychodzę tutaj na forum, ponieważ próbuję poradzić sobie z żalem i żałobą, jaka ogarnia mnie po rozstaniu z narzeczonym. Na wstępie wspomnę tylko, że mam 26 lat, a mój niedoszły mąż 28 (rocznikowo jest ode mnie rok starszy). Byliśmy ze sobą dość krótko, ale związek był bardzo intensywny. Poznaliśmy się w internecie, oboje byliśmy zdystansowani, chociaż ja chyba bardziej, bo strasznie unikałam przez długi czas relacji, zwłaszcza bliższej relacji z drugą osobą. Kiedy poznałam mojego byłego narzeczonego, przez chwilę obawiałam się jedynie, czy nie jest to kolejny napaleniec, który będzie czekał, aż mnie brzydko mówiąc "zaliczy" i po sprawie. Jednak już pierwszego dnia wymieniając się wiadomościami byłam pod ogromnym wrażeniem. Potrafiliśmy pisać na każdy temat, żadne z nas nie musiało szukać na siłę tematu, bo on pojawiał się sam, a wiadomości nasze były długie, nie lakoniczne. Każda ze stron była tym zachwycona, bo tego zawsze nam brakowało w relacja międzyludzkich. Bardzo długo myślałam, że traktuje mnie w kategorii koleżanka/dobra kumpela, nigdy w życiu kobieta do związku. Dlaczego? Kłania się tu moje niskie poczucie wartości i ogromne kompleksy. Część z nich już wyleczyłam, ale większość została i dalej mnie męczy, a dodam, że nie tyczą się jedynie wyglądu, ale również charakteru. Dlatego też przez cały czas nie dopuszczałam sobie myśli, że tak przystojny i zaradny facet mógłby być zainteresowany moją osobą i to tak na poważnie. Kiedy się spotkaliśmy byliśmy sobą jeszcze bardziej oczarowani. Okazało się, że mamy wiele wspólnego, między innymi podobną przeszłość, jeśli chodzi o związki i relacje, podobne zasady i wymagania w związku. Wydawałoby się niemożliwe. Podczas pierwszej randki przegadaliśmy kilka dobrych godzin, tematy nie kończyły się, więc nie było momentu rozczarowania się, że pisząc jest wszystko super, ale podczas spotkania zapada niezręczna cisza i nie wiadomo co dalej. Bardzo onieśmielił mnie, kiedy zdecydował się już wtedy mnie pocałować, a ja, nie wiedzieć czemu, nie broniłam się przed tym. Później chodziłam cała w skowronkach, że taki mężczyzna zainteresował się mną, pocałował, ba... Nawet kontynuuje znajomość, bo odezwał się i pisał dalej, gdzie wcześniej często po jednym spotkaniu, albo po kilku nawet, facet nie odzywał się do mnie i bez jakiejkolwiek wiadomości urywał kontakt. Tutaj byłam pozytywnie zaskoczona i nie mogłam w to uwierzyć, że on jest mną zainteresowany i nie w kategorii "kumpela". Bardzo szybko zdecydowaliśmy się być ze sobą, pisaliśmy całymi dniami, dzwoniliśmy do siebie wieczorami, gdzie po 2-3 godziny potrafiliśmy rozmawiać i żadne z nas nie chciało się rozłączyć. Spotykaliśmy się raz w tygodniu, najczęściej była to sobota, głównie przez pracę i brak czasu w tygodniu. Jesteśmy osobami wierzącymi, bardzo chcieliśmy żyć zgodnie z Bogiem, cały czas zapraszaliśmy go do naszego życia. Mimo iż każde z nas swój "pierwszy raz" miało za sobą, tak wspólnie uznaliśmy, że z "naszym" seksem chcemy zaczekać i jeśli damy radę, to wytrzymać bez tego do ślubu. Bywało trudno i ciężko, bo chemia między nami była niesamowita, ale dawaliśmy radę. Nie współżyliśmy ze sobą. Tak naprawdę patrząc na ten okres związku nie mam nic do zarzucenia, facet był wspaniały, cudowny, czułam się, jakbym mogła góry przenosić... Nie widział poza mną świata, potrafił przyjechać w środku tygodnia, w śnieżycę, z różą, tylko dlatego, że ja cierpiałam po wyrwaniu zęba. Nie mogłam dalej w to uwierzyć, że spotkałam taką osobę i codziennie dziękowałam Bogu, że to idzie w tak dobrym kierunku, że tak pięknie się rozwija. Żadne z nas nie naciskało i nie nalegało na jakieś deklaracje czy wyznania miłości. Cieszyliśmy się sobą, każdą wspólną chwilą i tym, jak potrafimy się dogadać. Nawet jeśli pojawiły się jakieś sprzeczki czy zgrzyty, wiedzieliśmy, że tylko rozmowa może nam pomóc. Więc rozmawialiśmy, mówiliśmy sobie otwarcie co nam przeszkadza, co nas boli, rani, irytuje, a po wszystkim szliśmy wspólnie za rękę do spowiedzi, która nas tylko dodatkowo zbliżała. Cała historia naszego związku zaczęła się w styczniu, natomiast w kwietniu padły pierwsze poważne słowa... Pamiętam jakby to było dziś, akurat też był to poniedziałek, przez cały dzień mój niedoszły mąż chodził smutny i pisał mi wiadomości pełne emocji. Wieczorem natomiast zabrał mnie, bym pomogła mu w pracy, po czym korzystając z ciepłego wieczoru wybraliśmy się na spacer, na którym powiedział, że mnie kocha. Na samą myśl w tej chwili serce bije mi jak oszalałe, dokładnie tak jak wtedy. Sama tak szybko nie wyznałam swoich uczuć, co później zostało mi to wypomniane, ale do tego jeszcze wrócę. Widział dobrze moją radość, szczęście, mimo iż zaszkliły mi się łzy. Myślałam, że ja śnię, że to nie dzieje się naprawdę... W międzyczasie pod koniec lutego zaczęliśmy planować wspólną majówkę. Ot po prostu, aby odpocząć, zwłaszcza, że żadne z nas nigdy nie miało prawdziwej majówki, więc bardzo cieszyliśmy się na ten pierwszy wspólny wyjazd. Ja jeszcze nie wiedziałam co się święci, jednak tego dnia, kiedy podjęliśmy decyzję o wyjeździe, mój niedoszły mąż zaczął planować coś jeszcze, a dokładniej... zaręczyny! (wiem, bo pytałam kiedy wpadł na taki pomysł). Chociaż zdradzał się kilka razy i przeszło mi przez myśl, że coś on knuje i planuje, kiedy np koniecznie chciał zobaczyć moją biżuterię, w której nie znalazł żadnego pierścionka, bo jedyny jaki miałam to nosiłam na palcu. Poprosił więc bym dała mu go, by sprawdził czy wejdzie mu na mały palec. Nie zgodziłam się, a następnego dnia i tak musiałam podać rozmiar, ponieważ chodził obrażony i bardzo smutny. Kilka osób sugerowało mi, że on może mi się oświadczyć, zwłaszcza, że zanim wyznał mi miłość, powiedział o tajemnicy, którą zdradzi mi na majówkę, ale kiedy wyznał mi miłość, uprzedzając pytaniem, czy pamiętam o tej tajemnicy, tłumaczyłam sobie "już nic więcej nie zaplanował" i tu się myliłam... Kilka dni przed wyjazdem dostawałam już dziwne wiadomości typu "ta majówka jeszcze bardziej nas zbliży, wszystko zmieni" i tego typu, ale dalej nie dopuszczałam do siebie myśli, że jednak on to zrobi. A jednak. Majówkę spędziliśmy w Kazimierzu Dolnym, wyjechaliśmy w piątek 30 kwietnia, a wracać mieliśmy w poniedziałek. Tego samego dnia mój niedoszły mąż zaplanował, że chce byśmy się zapoznali z rodzicami, bo jeszcze się nie znaliśmy. Oczywiście uzgodnił to wcześniej ze mną, ale tak jak już wspominałam, nie byłam świadoma tego co się wydarzy, więc zgodziłam się z przekonaniem, że przedstawimy się jako chłopak-dziewczyna, a nie narzeczeństwo. I tu zaczynają się schody... Ponieważ niedoszła teściowa jakby doznała szoku, nie mogła pogodzić się z tym, że o niczym nie wiedziała i nie została przygotowana na taką wiadomość. Owszem, wiedziała, że ma dziewczynę, spotyka się ze mną, nawet pytała czy coś planuje dalej (on to odebrał jako zachętę do zaręczyn, ale zabrakło rozmowy i bardzo możliwe, że źle odebrał) W każdym razie na początku relacje z moją niedoszłą teściową wydawały się być super. Mój były narzeczony wspominał mi, że marzy o tym, aby jego żona potrafiła usiąść i porozmawiać z jego mamą. Jego marzenie spełniło się już podczas pierwszego spotkania z rodzicami, chociaż nie byliśmy jeszcze małżeństwem. Jednak siedząc z jego mamą potrafiłam z nią normalnie porozmawiać, usłyszałam również pytanie, na kiedy planujemy ślub, więc grzecznie odpowiedziałam "za rok, może dwa. nie rozmawialiśmy jeszcze dokładnie, zależy od pandemii w kraju i finansów" po czym niedoszła teściowa powiedziała "po co czekać tak długo? pobierzcie się jak najszybciej". Ktoś by pomyślał, że nie mam czego się czepiać, prawda? Facet idealny, teściowa zachęca do ślubu, no żyć nie umierać... Do czasu... Prawdziwe kwiatki zaczęły się pojawiać, kiedy rozpoczęliśmy planowanie i organizację ślubu i wesela. Wspomnę tylko, że zarówno rodzice byłego narzeczonego, jak i moja mama mieli w większości finansować nasze wesele, a za niektóre sprawy mieliśmy płacić sami w miarę możliwości. Tak więc ruszyliśmy za wybieraniem sali, zgodziłam się, aby niedoszła teściowa jeździła z nami i pomagała doradzić, zapytać o coś, co nam by wypadło z głowy (faktycznie tak było), jednak zwracała uwagę na aspekty, które jak się okazało, nie miały największego znaczenia, ale przyznała się do tego po fakcie. Jednak mnie gdzieś dotknęło to, że kiedy jeździliśmy we trójkę z mamą, to nie miałam prawa usiąść obok narzeczonego, tylko z tyłu. Mama zawsze była pierwsza. Do pewnego momentu mój były narzeczony dostrzegał i rozumiał o co mi chodzi, potrafił rozmawiać ze mną na ten temat, wielokrotnie sam się skarżył, że jego relacje z rodzicami nie są najlepsze, opowiadał jak wielokrotnie nie chciał spędzać z nimi świąt, albo jak wymagają od niego wiele, po czym mówią, że i tak nic nie robi. Ja go przy tym cały czas wspierałam, dodawałam otuchy, kiedy trzeba było, to milczałam i po prostu byłam, przytulałam. Niestety, przyszedł moment kulminacyjny, czyli kłótnia syna z matką. Tutaj wspomnę tylko, że niedoszły mąż prowadzi razem z rodzicami biznes, jakim jest warzywniak. Tak więc kłótnia wybuchła w sklepie, z powodu... źle umytych okien i brudnych parapetów! Mama zapytała mnie, czy ja widziałam jak on mył te okna, a ja, nieświadoma tego, że to była prowokacja i sprawdzian, powiedziałam "nie wiem, bo zajęłam się towarem szczerze mówiąc". Jak się okazało później, teściową to uraziło, bo odebrała, że ja się nie interesuję sklepem i ich sprawami. Kłótnia ciągnęła się przez kilka dni, aż mój niedoszły mąż powiedział najpierw, że mam szukać dla nas mieszkania, a potem, że nie robi wesela, chce tylko wziąć ślub ze mną, świadkowie i tyle. Kiedy emocje trochę opadły zachęcałam go do rozmowy z rodzicami, aby przeprosić i wyjaśnić wszystko, bo nie ma co żyć w tak nerwowej atmosferze. Początkowo był bunt z jego strony, że jego mama taka jest i ona dalej będzie obrażona. Tak jakby kreował z niej wielką panią i królową, ale co do czego, to nie mijało się to z prawdą, bo sama teściowa uważała się za najlepszą we wszystkim. Docelowo umówiliśmy się na takie spotkanie z jego rodzicami, gdzie mieliśmy we dwójkę razem rozmawiać, a wyszło na to, że to ja zaczęłam, ja mówiłam, usłyszałam, że robię z siebie ofiarę (ponieważ powiedziałam, że zabolało mnie, jak nie znając mnie ocenili, że nie jestem osobą pracowitą i zaradną). Jakby tego było mało, niedoszła teściowa powiedziała, że jej syn szuka żony DOKŁADNIE takiej jak ona, jeśli nie będę ubierać się jak ona, mówić jak ona, sprzątać jak ona, gotować jak ona - to on zwyczajnie mnie rzuci. I o ile to mnie tak nie ruszyło, tak dotknęło mnie to, że jej syn nic się nie odezwał, nie stanął w mojej obronie, po prostu milczał i tą ciszą przyznał mamie rację. Później kiedy pytałam, dlaczego nic się nie odezwał, usłyszałam "nie będę Cię bronić, bo nie jesteś jeszcze moją żoną". Dotknęło mnie to tym bardziej, że kiedy od jego mamy słyszałam niezbyt miłe słowa na jego temat, to nie zastanawiałam się, czy jest moim chłopakiem, narzeczonym czy mężem - kocham go, więc serce podpowiadało mi, że nikt nie ma prawa złego słowa na niego powiedzieć, więc broniłam. W kwestii organizacji ślubu i wesela jego mama chciała o wszystkim decydować, krytykowała nasz pomysł z winietkami, czy też z personalizowanym pudełkiem na koperty, pokazując mniejsze. Kiedy skomentowałam, że do takiego koperty się nie zmieszczą, usłyszałam "zawsze można zgiąć w pół". Ręce mi w tym momencie opadły. Oczywiście kiedy przyszły zaproszenia również musiała skomentować, dlaczego wybraliśmy takie a nie inne. Brak akceptacji naszych decyzji. Jednak najlepsze jeszcze przed nami... Podczas tej nieszczęsnej rozmowy z rodzicami, teściowa sama zaproponowała czy może nie weźmiemy urlopu i nie pojedziemy gdzieś odpocząć. Niekoniecznie za granicę, po prostu gdziekolwiek. Sami tydzień później wyjeżdżali do Chorwacji, więc niby logiczne, że proponowała i nam urlop, mimo to byłam zaskoczona. Nie cieszyłam się zbyt długo, bo bardzo szybko powiedziałam do byłego narzeczonego, że pewnie i tak mama nie pozwoli nam jechać na wakacje. I jakże się nie myliłam! 5 lipca pojawił się pierwszy największy kryzys w naszym związku, kiedy to zdjęłam pierścionek i nie nosiłam przez jakiś czas. Tego dnia rodzice wracali z wakacji, a my mieliśmy ustalone już wcześniej plany. Wszystko szło po naszej myśli, aż nagle zadzwonił telefon z prośbą od mamusi, aby synek już wracał, bo ona jedzie do domu i niech przygotuje jej kawkę i mleczko do kawki... Co zrobił synek? Słowem nie wspomniał, że załatwia ze mną sprawy, tylko odwiózł mnie do domu i poleciał do mamy. Ja nie wytrzymałam, wybuchłam, on również, skończyło się na tym, że przywiózł obrączki, zabrał ode mnie swoje rzeczy i pojechał. Cisza. Dopiero we wtorek się odezwał, że przyjedzie porozmawiać i wyjaśnić. Zabrał z powrotem obrączki, powiedział, że nie ma już pieniędzy ani na nasz urlop, ani na wesele (chociaż niedoszła teściowa chwaliła się mojej mamie, że jest bardzo bogata). Rzucił hasłem, że trzeba przełożyć wesele ze względów finansowych, na co powiedziałam, że wesele w porządku, ślubu nie pozwolę przełożyć. Zakończyliśmy temat, uznaliśmy że wrócimy do tego, jak emocje opadną. Daliśmy sobie czas, jednak długo nie trwał, bo w czwartek przyjechał niespodziewanie do mnie, czym bardzo mnie zaskoczył i wiele udowodnił. Mimo to chłodno oznajmiłam, że bardzo mnie skrzywdził tym, że postawił swoją mamę ponad wszystko i na pierwszym miejscu, a mnie zwyczajnie olał, że doceniam jednak takie gesty i teraz będą liczyć się tylko czyny. Nie rozmawialiśmy tego dnia na poważne tematy, chociaż pytałam co dalej, ale czekałam cierpliwie, aż sam poruszy temat. W sobotę spotkaliśmy się, by ustalić jakiś plan działania i pracy nad sobą, oraz naszym związkiem. Jednak nie poruszyliśmy tematu ślubu. W niedzielę doszło do awantury między nim, a rodzicami, a dokładniej... Mieliśmy w planach pojechać poza miasto na festyn, aby trochę się rozerwać. Mój niedoszły mąż przyszedł do rodziców z pytaniem, czy może wziąć samochód osobowy (mają dwa busy firmowe, a osobówka jest rodziców, więc generalnie o nią zawsze pyta, o busa nie musi). Cisza. Po chwili ponownie zapytał, informując gdzie jedzie. Rodzice zapytali z kim on jedzie, odpowiedział, pojawił się jakiś dziwny bunt, ale generalnie brak odpowiedzi. Więc długo nie czekając wziął busa i przyjechał. Zanim dojechał to miał już 5 nieodebranych połączeń, kiedy oddzwonił, usłyszał pretensje "gdzie Ty pojechałeś?! Wracaj! Niczego nie ustaliłeś!" i generalnie próbowali ściągnąć syna do domu pod pretekstem uśpienia psa. Ja rozumiem gdyby mama była w domu sama, ale miała przy sobie męża i 200 metrów od domu zięcia, który mógł pomóc. Były narzeczony wyjątkowo postawił się rodzicom, zadzwonił, nie przyjechał, tylko został ze mną, a sam zdesperowany zaczął szukać mieszkania. Niestety, poszukiwania trwały trzy dni, bo czwartego już się poddał i zaczął informować, że trzeba przełożyć ślub, bo on tak zadecydował i koniec. Przyznam, że we mnie się zagotowało, tym bardziej, że nie próbował już rozmawiać, tylko chciał abym zaakceptowała jego decyzję, którą podjął sam lub z mamą, a powinien podjąć ją wspólnie ze mną. Atmosfera tak była napięta i wzajemnie się nakręcaliśmy, że w sobotę wysłał smsa do MOJEJ MAMY, w którym wypomniał, że ze mną nikt nie wytrzyma, bo mam okropny charakter i że nasz związek jest zakończony. Tak, w ten sposób zerwał ze mną zaręczyny. Na tą chwilę jedyny kontakt jaki z nim mam to mailowy, głównie przez sprawy firmowe, ale korzystając z okazji zapytałam jak on się z tym czuje. W sobotę wieczorem napisał, że męczy go sumienie i nie potrafi go wyciszyć, zaś wczoraj dostałam wiadomość "nie chcę Ciebie widzieć i słyszeć, nie chciałem na Ciebie patrzeć, dlatego tak to zakończyłem" I teraz pytanie, czy on mnie w ogóle nie kochał? Bo jak sobie wytłumaczyć, że zakochany mężczyzna, nawet pod wpływem emocji pisze takie słowa do kobiety, którą prosił o rękę.. Jeśli nie kochał, to po co wręczał pierścionek? Z góry przepraszam za tak długą wypowiedź i gratuluję wytrwałym, którzy przeczytają do końca. Dziękuję również za odpowiedź, pomoc, udzielone rady.

Jeszcze kobieta robi z siebie ofiarę Nie mam pojęcia skąd muszą być ludzie, którzy się na to nabierają.
Kermit Gosnell skazany za brutalne zamordowanie 3 niemowląt, które przeżyły przeprowadzone przez niego aborcje, a także nieumyślne spowodowanie śmierci kobiety podczas przeprowadzania aborcji, próbuje robić z siebie nie tylko ofiarę, ale i dobroczyńcę! Skontaktował się z więzienia z Fundacją Billa i Melindy Gatesów, którzy zajmują się promocją aborcji, a także z Clinton Global Initiative. Skazany ufa, że te organizacje poruszą kwestię reformy systemu sprawiedliwości i więziennictwa. Reporter Magazynu „Philadelphia” w najnowszym wywiadzie z Gosnellem donosi, że aborcjonista nie ma żadnych wyrzutów sumienia z powodu tego, co zrobił. „On uważa, że jest niewinny… w szerszym, duchowym znaczeniu. Uważa, że wykonywał usługi, o które prosili go ludzie” – mówi Volk, którego artykuł pt. „Dzieci Gosnella” pojawi się we wtorek – „Wierzy, że był żołnierzem na wojnie z ubóstwem. [Klinika aborcyjna Gosnella mieściła się blisko najuboższych rejonów w Filadelfii. ] Wierzy, że łamiąc przepisy, dobrze zrobił i było warto”. Volk, który relacjonował proces Kermita, a także rozmawiał i korespondował z nim, twierdzi, że Gosnell uważa aborcję za grzech w pewnym sensie, ale mniejszym niż urodzenie dziecka i skazanie go do życia w ubóstwie. Gosnell twierdzi, że wyrok w jego sprawie był motywowany religią i polityką. „Sądzę, że domniemanie winy spotęgowane było przekonaniami religijnymi” – powiedział Volkowi. „Nie czuje się winnym tego, co zrobił. On widzi świat jako ciemne miejsce. A siebie jako tego, który wykonuje szlachetną funkcję w społeczeństwie. Dla niego w idealnym świecie aborcja nie byłaby konieczna” – powiedział Volk. Gosnell sądzi, że gdyby mógł uzasadnić swoje działania, nie byłby w więzieniu. Siedząc w więzieniu Gosnell skontaktował się z Fundacją Billa i Melindy Gatesów, a także z Clinton Global Initiative. Obie te fundacje prowadzą dość specyficznie pojętą wojnę z ubóstwem. Fundacja państwa Gatesów jest oskarżana o prowadzenie wojny nie tyle z biedą, co z biednymi. Co roku przeznacza miliardy dolarów na redukowanie ich populacji poprzez promocję antykoncepcji. Co więcej Fundacja przeznaczyła 2,6 mld dolarów (!) na sterylizację czarnych kobiet w krajach rozwijających się. Podobne poglądy ma druga fundacja. Pani Clinton wychwalała antykoncepcję i aborcję na żądanie jeszcze podczas prezydentury jej męża. Amerykańska polityk jest zdeklarowaną zwolenniczką liberalizacji prawa dotyczącego małżeństw homoseksualnych. Kiddemcee3 Kermit Gosnell, Abortion Doctor, On Trial Over Newborn Baby Murders In Pennsylvania..
Jeśli nie - cóż, możliwość maltretowania ich przez kolejne lata przed tobą. 2. Wymagaj, by teściowie realizowali twoje potrzeby. Oczekuj, że cię "adoptują". Rozwiną przed tobą czerwony dywan i staną na uszach (teść) oraz rzęsach (teściowa), żeby było ci z nimi i u nich dobrze.
Rodzice Anny z Warszawy, chcieliby córce i jej mężowi przekazać większą kwotę pieniędzy w formie darowizny. Mają tylko jeden warunek. – Pragniemy obdarować każde z nich z osobna, a jednocześnie nie chcemy, aby darowizna wchodziła do ich majątku odrębnego, lecz stanowiła ich majątek wspólny – podkreśla ojciec Anny. I dodaje: – Wiem, że zmieniły się przepisy i że nie będzie to takie proste. Wątpliwości zasiała w nich ostatnia nowelizacja ustawy o podatku od spadków i darowizn, która obowiązuje od 1 stycznia 2007 r. A konkretnie nowy art. 4a, bo określa członków najbliższej rodziny, którzy mogą zostać obdarowani i nie będą musieli z tego tytułu zapłacić podatku. W gronie tym są wymienieni małżonkowie, zstępni, wstępni, pasierb, rodzeństwo, ojczym i macocha. Nie ma natomiast teścia i teściowej. Chociaż w innym miejscu tej ustawy (czyli w art. 14 ust. 3) należą do pierwszej grupy podatkowej, tak jak i osoby wymienione w art. 4a, nie mogą skorzystać z dobrodziejstwa tego przepisu. Co w takiej sytuacji powinni zrobić teściowie? – Najprościej i najbezpieczniej, i to zarówno na gruncie prawa cywilnego, jak i podatkowego, jest obdarować swoje własne dziecko. Wtedy żadnego znaczenia nie ma ani wartość, ani przedmiot darowizny, bo i tak nie zapłacą podatku od spadków i darowizn – podkreśla notariusz Marek Watrakiewicz z warszawskiej Kancelarii Notarialnej Kinga Nałęcz & Marek Watrakiewicz Jak twierdzi, teściowie mogą też najpierw przekazać darowiznę swojej córce czy synowi, a ten z kolei może część podarować współmałżonkowi. – Wtedy muszą się jednak liczyć z tym, że organ podatkowy będzie dopatrywać się w tym obejścia prawa – dodaje. Innym rozwiązaniem byłoby sporządzenie u notariusza umowy majątkowej małżeńskiej, w której małżonek rozszerzyłby majątek wspólny o otrzymaną od własnych rodziców darowiznę. Należy jednak pamiętać, że art. 49 § 1 pkt 1 kodeksu rodzinnego i opiekuńczego uniemożliwia rozszerzenie wspólności majątkowej małżonków na przedmioty majątkowe, które przypadną małżonkowi z tytułu darowizny. – Wydaje się zatem, że nie ma przeszkód, aby rozszerzyć wspólność na przedmioty majątkowe już nabyte w drodze darowizny – twierdzi notariusz Marek Watrakiewicz. Koszt takiej umowy wynosi 488 zł brutto. Nie przekreśla to jednak innej możliwości, jaką mają teściowie. – Nie ma przeszkód, aby teść i teściowa przekazali współmałżonkowi swojego dziecka darowiznę w kwocie, która mieści się w ustawowym limicie zwolnionym od podatku, czyli – na mocy art. 9 ust. 1 ustawy – nie więcej niż po 9637 zł każde – podkreśla Marek Kolibski, doradca podatkowy w kancelarii Ożóg i Wspólnicy. Co więcej,teściowie razem mogą dodatkowo podarować zięciowi lub synowej 19 274 zł. Taką możliwość daje im bowiem art. 4 ust. 1 pkt 5 ustawy o podatku od spadków i darowizn. Różnica polega na warunku, jaki przy tej okazji musi zostać spełniony. – Kwota ta może zostać przekazana raz na pięć lat, a obdarowany musi jej połowę przekazać na cel wskazany w przepisie, czyli np. na nabycie lokalu mieszkalnego albo spłatę zabezpieczonego hipoteką kredytu mieszkaniowego – dodaje Marek Kolibski. W efekcie zięć lub synowa otrzyma w sumie 38 548 zł. Zawsze robi z siebie ofiarę i byłe kobiety stawia w złym świetle. Warto wtedy zastanowić się, czy tak faktycznie jest? Facet – troje dzieci, każde dziecko z inną kobietą, dwie żony, trzecia partnerka. Z żadną związek mu nie wyszedł i uważa, że wina leży po stronie kobiet. Warto zweryfikować, czy tak faktycznie jest.

Witam. Problem dotyczy kolegi ze studiów. Otóż kolega: 1. Niemal zawsze robi z siebie ofiarę losu. Przykład: coś mu się nie uda, mówimy że "beka", a on odpowiada takim dość dziwnym/głupokowatym tonem : "cieszycie się , że się koledze nie udało?" "no jasne, co tam kolega..." itp itp. 2. Zawsze zwala winę na innych. Gdy mu się coś nie uda, zawsze obwini kogoś innego: a to że dostał za trudne pytanka, to że ktoś się wkurzył i spadło na niego. Nigdy sam nie przyzna sie do winy, tylko szuka winnych. 3. Często kłamie w drobnych sprawach. Najgorsze jest to że nie wiadomo kiedy on serio tak myśli, a kiedy mówi to żartem. Gada to wszystko tak dziwnie, że po prostu nie wiadomo. O czym to może świadczyć?

Joanna Lichocka (PiS) złożyła wniosek do sejmowej komisji regulaminowej o uchylenie immunitetu szefowi PO Borysowi Budce. Została pomówiona; 'Budka działał jak kierownik swoistej grupy
Mnie w takich sytuacjach, jak konflikt żony i teściowej, zastanawia postawa męża. Najczęściej oni starają sie zachowywać postawę naturalną, nie opowiadając sie, za żadną ze stron. W ich mniemaniu kobiety przesadzaja i histeryzuja bez powodu a konflikt jest wydumany. Mężczyźni zwykle ,nie sa świadkami sytuacji, ani nie słyszą rozmów swojej matki z żoną, dlatego trudno im uwierzyć, że padają w nich, aż tak okropne czy obraźliwe słowa. Trudno im uwierzyć ,że ich matka jest taka jak opisuje żona, a nie taka jak oni ja widzą. Ciagle pokutuje przeświadczenie, że matka choćby najgorsza, to matka i co by sie nie działo, to trzeba z nią jakies relacje utrzymywać. Czesto faceci wolą stracić własną rodzinę, niz kontakt z matką. Ja nie rozumiem takiej postawy, ale często tak sie dzieje. W przypadku Bożeny jest podobnie. Postawa jej męża nie jest ani wspierajaca ,ani pomagająca. Kluczem do rozwiązania takich konfiktów, jest jednoznaczne opowiedzenie sie męża po stronie żony i stanowcza rozmowa z matką na temat tego, jak daleko może sie posunąć ,we wtracanie sie w sprawy jego rodziny.. Jesli on udaje przed matką, że nic o niczym nie wie i gadają sobie przez tel jakby nigdy nic, to nie dziwie sie że masz taką nerwicę. Rolą mężczyzny jest ochrona własnej rodziny ,choćby przed własną matką, jesli trzeba, a często trzeba. Skoro tego nie robi i nie umie ukarać matki, odsuwajac sie od niej ,tak jak ty to znaczy ,że dupa z niego, a nie facet. Gdybyś miała od niego takie wsparcie, jak potrzeba, a on nie pozwolił by sobie na to, zeby jego matka tak Cię traktowała i roznosila plotki po ludziach, to teraz nie miała byś takiego problemu jaki masz. Czy twój mąż wogole zdaje sobie sprawe do jakiego stanu doprowadzila ciebie jego mamusia.? Nie przeszkadza mu ,że masz zniszczona psychikę ,o życiu nie wspominając ? Czy on nie czuję sie winny tej całej sytuacji. ? Cytuj
cAggvKK. 286 287 470 281 286 337 196 455 204

teściowa robi z siebie ofiarę